Odwiedzający





Notki!
Witaj!
Historia zaczyna się w chwili, kiedy Święta Trójca przekracza próg Hogwartu po raz piąty, by spotkać na swojej drodze jeszcze więcej magicznych przygód, niebezpiecznych stworzeń i realnych wrogów.
Klik!

30 grudnia 2015

Prolog

To był upalny, rześki dzień, w którym na próżno było szukać chociażby jednej chmurki na niebie. Ptaki w zwartym szyku płynęły po błękitnym sklepieniu, zostawiając daleko za sobą, daleko w tyle, świat, który my znamy na co dzień - gwarne ulice, głośne rozmowy sprzedawców na ulicach, zapach spalin z rur wydechowych samochodów. Pędziły w kierunku, który znany był tylko i wyłącznie nim, nie oglądając się za siebie.
Nadchodził sierpień - ku uciesze - zmęczonych ludzi w biurach, którzy z utęsknieniem wyczekiwali urlopu od pracy, gdzie siedzieli w boksach, klimatyzowanych jedynie fikuśnymi, błękitnymi wiatraczkami - ale i również ku zawodzie uczniaków, do których powoli docierało, że minęła równa połowa wakacji, a wieczory się skracały, przez co musieli być w domu wcześniej, bo w przeciwnym razie ich matki by zrobiły im niemałą awanturę, która, najprawdopodobniej, skończyłaby się oberwaniem kapciem w łepetynę i wysłaniem do łóżka bez kolacji.
Rudowłosa kobieta właśnie szła do domu żwawym krokiem, przykryta była peleryną, chociaż nie było zimno, ani też nie wiał wiatr - wręcz przeciwnie - ludzie wręcz pragnęli orzeźwiającego wicherka, który by zniwelowałby ich zmęczenie w tym wyjątkowo upalnym słońcu. Ów kobieta miała w rękach szarą torbę, w której niosła naręcze mandarynek, jabłek i pomidorów. Znalazła się w nich również dynia, z której chciała zrobić paszteciki domowej roboty, które tak bardzo lubiła jej rodzina.
Z wyraźną ulgą i ciężkim westchnieniem, zamknęła drzwi za sobą, kiedy już się znalazła w chłodnej kuchni. Odstawiła na blat zakupy, odwracając głowę w kierunku samoczyszczącego się garnczka po mleku, który wykipiał jej dziś rano, kiedy zapatrzyła się w horyzont za oknem. Machnęła krótko ręką, a naczynie z brzdękiem wpadło do zlewu, razem z drucianą gąbką. Bo widzicie, to nie był normalny dom, jaki my znamy na co dzień - on był wyjątkowy, tak samo wyjątkowy jak ludzie którzy w nim mieszkają. Ta rodzina była jedną z najbardziej szanowanych wśród czarodziei.
Odetchnęła głęboko po raz kolejny, ocierając zroszone czoło, przy okazji zdejmując pelerynę i skierowała się do salonu, gdzie siedział jej mąż wraz z synem i grali w szachy. Obaj byli do siebie bardzo podobni, tak bardzo, że niewtajemniczona osoba mogłaby ich wziąć za rodzeństwo. Obaj mieli takie same rozwichrzone fryzury i bystre spojrzenie, które teraz przeniosło się na kobietę, która właśnie weszła do salonu. Jednakże, oczy młodszego z nich były w kolorze jasno-malachitowym i teraz uśmiechały się do rudowłosej.
- Co moi chłopcy robili przez cały dzień? Pewnie tylko grali w szachy i wyjedli mi cały zapas konfitur agrestowych, które co dopiero wstawiłam do lodówki, hm? - spytała, udając groźną, co oczywiście jej się jak zwykle nie udało, bo nie mogła powstrzymać promiennego uśmiechu, który sam cisnął się jej na usta. Nie musiała otwierać lodówki, by wiedzieć, że w istocie tak się stało - ich miny mówiły same za siebie.
Mężczyzna, uśmiechnął się do niej przepraszająco. Znała ich jak nikt!
- Wybacz, skarbie, mieliśmy gościa, który przyniósł paszteciki dyniowe z migdałami i wypadało coś do nich podać oprócz imbirowej herbaty. A wiesz jakie paszteciki robi Felicja... - zrobił znaczącą minę, a przez jego twarz przebiegł grymas. Wypieki blondynki, były lekko mówiąc... no nieudane. Paszteciki, w jej wykonaniu, to były twarde grudy, w których czasem ktoś znalazł jeden z jej złotych pierścionków, albo jeśli miał wyjątkowe szczęście to tylko rudo-złotą kępkę włosów kota perskiego. Szczerze mówiąc to ów paszteciki nie były najgorsze, bo prym wiodła pikantna, limonkowa tarta, którą przyniosła z narzeczonym w zeszłym miesiącu. Nie, w zamyśle miała ona być słodka z dodatkiem kwasku limonkowego, ale, że Felicja uwielbiała eksperymenty w kuchni (a kucharką to za dobrą nie była) to dodała do niej całą garść afrykańskiego chili, myśląc, że to cynamon. Niech skonam, nikt z nieprzedziurawionym żołądkiem jeszcze by nie wyszedł po zjedzeniu więcej niż jednego kawałka. Zielonooki chłopiec przez dwie godziny ział ogniem, niczym smok węgierski. Kiedy już mu minęło i wypił dwa litry mleka, powiedział z rozbrajającym uśmiechem, że to była 'najfajniejsza rzecz jaka spotkała go w życiu'.
Teraz jedenastolatek korzystając z nieuwagi ojca, przesunął swojego skoczka w kierunku konia ojca. Biały koń zarżał i skoczył na głowę czarnego skoczka, ścierając go na drobny mak, po czym prychnął i zarzucił marmurową grzywą.
Kobieta skrzywiła się, ale nie z powodu pasztecików, czy konfitur.
- Okropnie brutalna gra - odrzekła ponuro, patrząc karcąco na męża. Nie podobało jej się to, że grał z nim bezustannie w szachy i przez to jej syn, trochę się izolował od rówieśników ze swojej szkoły. I nie omieszkała mu tego powiedzieć od razu.
- Nie sądzisz, że rozsądniej by było, gdyby Harry, dla odmiany poszedł się pobawić z kolegami z swojej klasy? - podparła się na bokach, patrząc nadal tym samym, sądnym spojrzeniem. Mężczyzna jednak na nią nie patrzył, bo uśmiechał się właśnie triumfalnie do syna. Widocznie bardziej absorbująca była gra w szachy, niż wysłuchiwanie narzekań małżonki.
- Skoczek nie zbije konia z tej pozycji. Myślę, że to cię powinno nauczyć, że w szachach czarodziejów nie powinno się oszukiwać, kiedy przeciwnik nie patrzy - odparł, wyraźnie zadowolony z praktycznej lekcji, którą udzielił chłopcu. Chłopak patrzył się spod byka na ojca, a kąciki ust drżały mu, bo już chciał mu coś odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili się rozmyślił i spojrzał na matkę.
- Ale po co mam z nimi rozmawiać, skoro za miesiąc będę w pociągu do Hogwartu i już ich nigdy nie spotkam? Oni są tylko mugolami, oni nic nie rozumieją, są na to za głupi! - żachnął się, a w oczach błysnęła mu iskra ekscytacji. Chłopiec zdawał się w ogóle nie okazywać szacunku względem niemagicznych ludzi, wręcz przeciwnie - uważał ich za poniekąd... wybrakowanych. Z resztą ostatnimi czasy tylko myślał o Hogwarcie. Tyle słyszał o nim, a teraz sam się mógł przekonać, czy faktycznie po korytarzach latają pegazy, jak mu opowiadał wujek.
Lily zacisnęła usta w wąską linię, a na jej twarzy pojawiły się delikatne wypieki, które przykryły delikatne piegi, którymi usłana była jej twarz. Jej mąż przeniósł spojrzenie z niej, na syna, który momentalnie zrobił się blady jak figury, którymi grali. A ten zaś wiedział, że tym razem przegiął.
- HARRY! - podniosła głos, będąc do głębi wstrząśniętą tym co usłyszała - Dosyć tego. Idź do swojego pokoju, zrobisz porządek w szufladach pod lustrem - chłopiec skwitował to przeciągłym jękiem, ten bałagan będzie sprzątać przez cały dzień! - Jeszcze nie skończyłam - dodała groźnie, łypiąc to na niego swoimi czekoladowymi oczami, to na ojca, dając Jamesowi do zrozumienia, że jak tym razem stanie w obronie syna to i jemu się oberwie - Potem posortujesz pranie... - patrząc znacząco, ale widząc, że chłopiec się nie rusza, podniosła głos o jeszcze parę oktaw - TERAZ.
Odszedł od szachownicy, mamrocząc coś pod nosem i posłał mamie spojrzenie, zbitego i doświadczonego przez życie psa, ale widząc, że nic nie wskóra, poszedł na górę, buntowniczo stąpając głośno, po schodach, by słyszeli to jego rodzice.
- Naprawdę, James, nie mam pojęcia co się z nim dzieje - powiedziała Lily, kiedy drzwi do pokoju na piętrze trzasnęły. Uśmiech, którym ich przywitała, na dobre zniknął jej z twarzy, a pod oczami pojawiły się cienie zmęczenia. Wyglądała na wyraźnie przybitą - Od miesiąca zdaje się gardzić wszystkim co jest mugolskie. Nawet przestał oglądać telewizję, czy grać w swoje gry wideo.
Mężczyzna zmarszczył czoło i pokręcił głową, wpatrując się w swoje kolana, jakby szukając w głowie odpowiednich słów - ale na próżno. Wszystko, według Lily, wychodziło na to, że ich syn powoli zmieniał się w snoba, którego wyznacznikiem 'fajności' była czystość krwi. Nigdy by sobie nie wybaczyła, gdyby jej jedyny syn, zamienił się w gnębiącego mugolaków chuligana. Jeszcze bardziej niż wcześniej, się obawiała powiedzieć, że ona była jednym z nich. Czy wtedy on by się od niej odsunął na zawsze?
- Widzisz! Mówiłam ci, że to za wcześnie by mówić mu o Hogwarcie! Za wcześnie go chcemy posyłać! Powinien zostać z nami w domu i uczyć się w normalnym gimnazjum, do którego by poszedł po wakacjach. Hogwart nie ucieknie, poszedłby tam za rok albo dwa. Nikt go tam nie wychowa, bo zadaniem profesorów jest nauczanie. A co jeśli go wyrzucą ze szkoły za swoje zachowanie wobec mugolaków? - Lily zaczęła lamentować i przysiadła na skraju, drapowanej, błękitnej kanapy.
James spojrzał na nią znad swoich prostokątnych okularów. Z trudem powstrzymywał rozbawienie, które go ogarniało, widząc bliską omdlenia żonę, która jak zwykle dramatyzowała. Kobieta teraz zzieleniała na twarzy, a jej usta pobielały, z emocji.
- Wiesz kogo mi przypomina Harry? - spytał ją, a kobieta szepnęła 'Malfoyów!', na co ten pokręcił głową - Nie. Mnie samego. Ja też, kiedy dowiedziałem się o Hogwarcie, chciałem być najlepszy i trzymać się z najlepszymi, chociaż co prawda ja miałem pięć lat, nie jedenaście i co swoją drogą mnie dziwi, że chciałaś zwlekać do ostatniej chwili z powiedzeniem mu prawdy - pokręcił głową - Chłopak ma ambicje być najlepszym i nie możesz mieć do niego o to pretensji. Myślę, że on jest bardziej przerażony pobytem w szkole, która jest oddalona od jego rodzinnego domu o setki mil, niż ty, co maskuje swoją opryskliwą postawą. Twój strach to głównie hormony, a po za tym, pamiętaj, że uzdrowiciel zabronił ci się denerwować. Połóż się, zrobię ci rumianku z sokiem pomarańczowym, który tak bardzo lubisz i nie przejmuj się. Jak widzisz wyrosłem z moich ambicji i poszedłem po rozum do głowy, uświadamiając sobie, że nieważne kto jakiego jest pochodzenia - uśmiechnął się do niej znacząco, a kobieta odwzajemniła jego uśmiech, czując, że nerwy jej opadają. Zawsze potrafił sprowadzić ją na Ziemię i poprawić jej humor w ułamku sekundy. Zgodnie z jego prośbą, położyła się na kanapie i ułożyła jedną dłoń na brzuchu, a drugą za głową, wpatrując się w sufit, który odbijał leniwie srebrzyste promienie słońca, zza firanki. Przewróciła się na bok, wbijając wzrok w wyłączony telewizor i zamknęła oczy, uspokajając rytm serca. Pani Potter, nie może się pani zbytnio denerwować, bo to bardzo pani nie służy, usłyszała w głowie głos uzdrowiciela.
Kiedy James wrócił z różowym kubeczkiem w latające renifery, którym teraz migały nosy, pochylił się nad żoną i podał go jej.
W kuchni rozległ się trzask, jakby ktoś właśnie przełamał grubą gałąź jabłoni, a Potterowie podskoczyli w miejscu. Zawartość parującego kubka wylała się na kanapę i dywan, a Lilly podskoczyła, wyciągając błyskawicznie różdżkę z kieszeni.
- Mówiłam mu by nie dematerializował się bez uprzedzenia - warknęła, wyraźnie zirytowana i zajęła się pokaźną plamą, która szpeciła jej zabytkową sofę. Przesuwała różdżką nad ubrudzeniem, mamrocząc pod nosem chłoszczyść! A przez głowę przebiegały jej epitety, którymi miała zamiar za chwilę poczęstować Syriusza.
W korytarzu rozległy się głosy i do salonu weszła wesoła zgraja czarodziejów, ubranych w kolorowe szaty. Wszyscy zdawali się być w znakomitych humorach. Remus z rozwichrzonymi włosami, które teraz sterczały mu we wszystkie strony, trzymał za rękę pięcioletnią, blondwłosą, dziewczynkę, a dziewczynka ciągnęła za sobą ogromnego pluszowego hipogryfa. Syriusz podniósł do góry dużą butelkę piwa kremowego i uśmiechnął się znacząco do Jamesa.
- Musimy oblać urodziny Harry'ego! - powiedział nadal z szerokim uśmiechem, ale napotkał rozdrażnione spojrzenie Lily, która patrzyła na niego znad kanapy - Spokojnie, Lily, tort i prezent też jest, nie chcemy opijać naszego przyszłego ucznia Hogwartu. Piwo jest dla nas, to znaczy nie dla ciebie, bo ty nie możesz, ale James chyba nie będzie miał nic przeciwko - podał brunetowi butelkę i czując się jak u siebie w domu, wyjął srebrne szklanki z kredensu i postawił je na dużym stole, który stał nieopodal kanapy - Felicja przeszła samą siebie. Tort ma osiem warstw, z czego każda jest w innym smaku i... - urwał, dostrzegłszy grymas na twarzy Petera, który skrzyżował ręce na piersi - Co jest, Glizdogonku? Nagle zacząłeś dbać o linię ? - roześmiał się, rozbawiony własnym żartem i poklepał przyjaciela po dość pokaźnym brzuchu. Widząc minę biednego Petera, który wyglądał jakby jednocześnie miał się zaraz popłakać i rąbnąć Blacka w nos, zarechotał jeszcze głośniej. James parsknął śmiechem, patrząc na Remusa, który krztusił się ze śmiechu, zakrywając usta dłonią, przez co na jego policzkach pojawiły się pąsy w kolorze dojrzałego burgundu.
Peter mruknął pod nosem oburzone 'A weź się odwal!' i usiadł na jednym z foteli, jak najdalej Blacka, nadal mrucząc, że niektórzy w ogóle nie powinni brać się za pieczenie, co Syriusz, jak zwykle zignorował.
- Tato - dziewczynka popatrzyła w górę, ciągnąc ojca za szatę, który spojrzał na nią załzawionymi od śmiechu oczami - Co to jest linia? - spytała sepleniąc i przygryzła dolną wargę, swoimi ostrymi jak igły kłami.
To pytanie przelało kociołek goryczy. Remus nie wytrzymał i roześmiał się szczerze, po czym pochylił się nad córką, kiedy już się zdążył nieco opanować.
- Wujkowi chodziło o budowę ciała, Zoey - odpowiedział, nadal z uśmiechem na ustach.
W korytarzu po raz kolejny słychać było podniesione, tym razem damskie głosy i stukot obcasów. Nawet nie zauważyli, że chwilę temu zjawiła się pozostała, żeńska, część watahy, która wolała zdecydowanie bardziej kulturalne środki transportu. Do pomieszczenia weszła wysoka, piękna czarownica o rzymskim profilu, ubrana elegancko, a jej biżuteria brzęczała przy każdym ruchu, trzymając wielki pakunek, który mienił się kolorami tęczy, przy czym dyszała ciężko. U jej nóg pałętał się najbrzydszy, rudy, kot, jakiego widział świat, miał spłaszczoną mordkę i dziwnie wykrzywione łapy, przez co wyglądał jak bokser na sterydach. Patrzył na zebranych z mądrością, niespotykaną u kotów, w oczach, jakby się z nimi witając łaskawie.
- Syriusz, przestań głupio rechotać i weź to ode mnie. Muszę jeszcze wyciągnąć tort i babeczki z mojej torebki - warknęła, rzucając pudełkiem w stronę Syriusza, który złapał je w ostatnim momencie, nim wylądowałoby z hukiem na podłodze.
Lily podniosła się znad kanapy i zaprosiła gości, by usiedli. Tak też uczynili i po chwili przy stole słychać było podniesione głosy.
- Black, ty lepiej nam powiedz, kiedy w końcu zamierzasz się ożenić? Ile jesteś już zaręczony z Felicją? Osiem lat? Dziewięć? - spytał nagle Peter, przekrzykując pozostałych. Chciał po prostu dopiec Syriuszowi za jego żart. Nie było krzty złośliwości w jego głosie, oni zawsze się tak przekomarzali, a zwłaszcza Glizdogon z Łapą - jak dwunastolatki, którymi w głębi duszy nadal byli. Hm, to w sumie mogłoby tłumaczyć dlaczego Peter jeszcze nie miał żony, czy też chociażby dziewczyny.
Syriusz po raz kolejny zignorował słowa przyjaciela, ale kiedy przeniósł wzrok na swoją wieloletnią narzeczoną, która wpatrywała się w niego wyczekująco z jawną satysfakcją na twarzy, westchnął ciężko. Nie chodziło o to, że nie kochał Felicji albo też nie chciał się z nią ożenić, sęk w tym, że jemu bardzo pasowało to co teraz było.
Na szczęście od odpowiedzi wybawił go James, który wiedział już co się święci - niemała awantura, jak zawsze kiedy padał niewygodny temat ślubu.
- Pójdę po Harry'ego, który pewnie już zdążył zdemolować większość swojego pokoju - powiedział bardziej w powietrze, niż do kogoś konkretnego, chociaż patrzył prosto w oczy swojej żony, która skinęła głową, wyrażając zgodę. Ostatnie czego Potter pragnął to sprzeczka z żoną, która starała się ze wszystkich sił porządnie wychować syna.
Wyszedł pośpiesznym krokiem z pomieszczenia, a za nim pognał Krzywołap, przy okazji prychając na Petera.
- Naprawdę nie musieliście się trudzić z tortem i prezentem - powiedziała Lily, nieco speszona, patrząc na grupkę przyjaciół - Miałam wieczorem zrobić paszteciki z dyni i budyń czekoladowy.
Felicja przyklasnęła w dłonie i uściskała swoją najlepszą przyjaciółkę. W jej atramentowoczarnych oczach widać było wyraźną ekscytację, która rzadko gościła na jej twarzy. Czarownica była na to zbyt dostojna i narcystyczna, by ciągle wybuchać radością niczym nastolatka. Przez wiele lat zmuszała się do hamowania swoich emocji, w swojej rodzinie Addamsów, bo jej matka nie życzyła sobie tego. Ojciec nic nie miał do gadania, bo był niemniej zahukany przez swoją despotyczną żonę. Lily była niemalże pewna, że to był jeden z powodów dla których panna Vance i Syriusz tak się dobrze dogadywali - jego matka, za życia, również nie należała do najpogodniejszych osób i nawet teraz krzyczała do nich zza portretu, kiedy czasem odwiedzali Gimmuald Place 12, że to hańba iż mieszkają razem bez ślubu, a w dodatku jej syn przyjaźnił się z wilkołakiem i szlamą.
- Właściwie to mam jeszcze parę pasztecików w mojej torebce, jak masz ochotę! Zaraz je przyniosę razem z tortem i opowiesz mi o twojej wczorajszej wizycie u uzdrowiciela w Świętym Mungu. Obiecałaś mi, że napiszesz do mnie po powrocie, a do dzisiaj nie doczekałam się sowy - spojrzała na nią z wyrzutem.
Peter jęknął po raz kolejny, słysząc, że wypieków przyszłej pani Black jest więcej. Na ostatnim struclu waniliowo-orzechowym złamał sobie trzonowca, a potem chorował przez tydzień plując piórami hipogryfa.
Do salonu wpadł James, był na twarzy równie zielony jak sweter, który obecnie miał na sobie. Rozmowy w salonie ucichły i wszystkie oczy zwrócone teraz były ku mężczyźnie, który wyglądał jakby za chwilę miałby zwymiotować.
- Harry zniknął - obwieścił załamanym głosem i padł bez życia, na podłogę. Jego oczy wydawały się puste i martwe, jakby oberwał przed chwilą śmiertelnym zaklęciem.
W salonie momentalnie wybuchła panika i nikt nie zauważył, że całe otoczenie drastycznie się zmieniło. Kremowe tapety w delikatne piórka ustąpiły miejsca ogołoconym, szarym cegłom, które już pokrywał mech. Kanapa, niegdyś błękitna, była poprzegryzana przez szczury i przykryta grubą kupą gruzu.
Wesołe postacie zniknęły, a na ich miejscu pojawiła się ruina domu, który kiedyś był przytulny i przyjazny rodzinie. Jedyne co nie zniknęło to była paczka przyniesiona przez Syriusza, z myślą o swoim chrześniaku. Teraz wyglądała wręcz obskurnie, pokryta jakimś zielonkawym szlamem i kołysała się na boki, jakby coś się chciało z niej wydostać.
Wszystko zdarzyło się nagle: paczka się rozprysła, rozległ się niewyobrażalny huk, błysło oślepiające zielone światło, a w oddali słychać było mrożący krew w żyłach krzyk kobiety.

Harry otworzył oczy, z wrzaskiem, dysząc ciężko i zaczął się wpatrywać w sufit z przerażeniem. To tylko sen, to tylko sen - powtarzał sobie w duchu, ale w żadnym stopniu mu to nie pomagało. Zerknął w stronę klatki Hedwigi, licząc, że zobaczy sympatyczną mordkę swojej sowy, ale Hedwiga najwidoczniej wybrała się na nocne łowy.
Przewrócił się na bok, przymykając oczy i zmuszając się by usnąć, ale w holu rozległ się huk i ktoś wpadł do sypialni Harry'ego, na co ten zleciał z łóżka.
- CO SIĘ DZIEJE? - usłyszał zatroskany głos Syriusza, który wpadł z kołtunem na głowie i lampą nocną w ręku. Wyglądał jakby go ktoś właśnie wybudził w środku wyjątkowo mocnego snu, bo nadal miał wpółprzymknięte oczy. Skrzywił się, kiedy zapalił światło w pokoju, które w pierwszej chwili boleśnie raniło jego oczy.
Spojrzał z niepokojem na swojego chrześniaka.
- Myślałem, że postanowiłeś sobie zrobić imprezę i już miałem wpaść z oburzeniem, że mnie nie zaprosiłeś, Harry - odpowiedział ze śmiechem. Cały Syriusz, nawet w środku nocy dobry humor go nie opuszczał.
Potter spojrzał na niego spod zmarszczonych brwi. Impreza to ostatnie o czym by pomyślał w takiej chwili.  

11 komentarzy:

  1. Zapowiada się ciekawie :D pisz dalej z chęcią poczytam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło, dziękuję! Następny rozdział powinien się pojawić na dniach. Pozdrawiam! :D

      Usuń
  2. Bardzo ciekawa fabuła ;) Harry jako rozrabiaka to coś nowego z przyjemnością przeczytam tą historię :)
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję serdecznie za komentarz! Co prawda, to był tylko jego sen, ale faktycznie, u mnie Harry zyska nieco na charakterze, którego brakowało mu w książkach. Również pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Oby pojawił się jak najszybciej! Ciekawych i DOBRYCH blogów jest coraz mniej ostatnimi czasy, wielka szkoda. Tutaj zastałam bardzo dobrze zapowiadającą się historię. Będę czytać twoje opowiadanie z wielką chęcią :) Czekam na next.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest mi bardzo miło :) Obym tylko podołała oczekiwaniom, ale przyznam ci rację, mimo iż czytam opowiadania od dłuższego czasu, to ze świecą szukać oryginalnej historii. Moja nie wiem czy taka będzie, ale będę się starać! Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. hejo :) wpadniesz na mój? http://the-elements-of-secret.blogspot.com/ zapraszam ;) i swietny blog oby tak dalej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale twój blog nie działa od X czasu...

      Usuń
  5. O ja!! dziewczyno!! Ale świetnie piszesz!!
    Masz talent!!
    Udało ci się mnie nabrać bo w większości przypadkach od razu zgaduje co będzie dalej a tu? TAKIE SZOK!!
    TO TYLKO SEN!!
    Brawo!!
    Szacunek dla ciebie ;)

    Powodzenia i życzę duuużo weny! :D
    Ściskam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam za błędy... piszę na telefonie ;P

      Usuń
  6. Dziękuję bardzo za taki miły komentarz <3 Jest mi niezmiernie miło, że ci się podoba historia :D I nie przejmuj się błędami, zdarza się to najlepszym ;)

    OdpowiedzUsuń